STRADUNIA Strona Główna STRADUNIA
Nasza wieś... Wasz Świat !!!

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  AlbumAlbum  DownloadDownload

Poprzedni temat «» Następny temat
Opowiedz mi swoją historię
Autor Wiadomość
Romano
medal za tyle postów!


Dołączył: 02 Gru 2007
Posty: 200
Poziom: 13
HP: 0/370
 0%
MP: 176/176
 100%
EXP: 6/30
 20%
Wysłany: Sro 01 Paź, 2008 08:54   Opowiedz mi swoją historię

Pierwsza opowieść

Eks - uczestniczka "Tańca z gwiazdami" Sylwia Gruchała (27 l.), po porażce w tanecznym show, chce wyjechać z Polski. Powodem emigracji florecistki jest... miłość.

Sylwia Gruchała jest obecnie w związku z Włochem: "Mam związek na odległość, jesteśmy razem mniej więcej dziesięć dni na miesiąc, w dwóch porcjach. Latamy samolotem między Neapolem a Gdańskiem. Dzieli nas też bariera językowa. Luigi nie mówi po polsku, ja nie mówię po włosku, rozmawiamy po angielsku" - tłumaczyła w wywiadzie dla "Gali".

"Przyszedł taki moment, kiedy wydawało mi się, że to nie ma sensu. Rozstaliśmy się na pięć miesięcy, ale ta miłość okazała się silniejsza. Zapisałam się na lekcje włoskiego" - dodała.

Obecnie florecistka planuje wyjazd. W Polsce nie trzyma jej już nic. Rozstała się w gniewie ze swoim trenerem Tadeuszem Pagińskim, ostro skrytykowała Polski Związek Szermierczy zarzucając pijaństwo, libacje, lekceważenie zawodników, prywatny folwark prezesa...

"Chcę jechać do Włoch, już się zdecydowałam. Nie można w nieskończoność ciągnąć związku na odległość. Ważna jest bliskość, takie zwyczajne bycie ze sobą, spędzanie razem czasu, budzenie się obok siebie.

Drobiazgi dnia codziennego cementują, wtedy rodzi się przyjaźń potrzebna w miłości. Wierzę, że wszystko można pogodzić".

Dla Gruchały to miłość jest teraz najważniejsza. Dla niej zdecydowana jest swoje życie układać poza granicami kraju: "Mogłabym trenować we Włoszech, ale walczyć dla Polski, to tylko kwestia organizacyjna, ale mój związek musiałby się zgodzić na taki układ.

Na razie jestem jeszcze zmęczona, a w takich stanach nie podejmuję żadnej ważnej decyzji. Mam jeszcze dwa miesiące przerwy w sporcie, potem wszystko poukładam".

A jaka jest Sylwia Gruchała w relacjach międzyludzkich?

"Z natury jestem osobą władczą. W poprzednim związku zawsze musiało być tak, jak ja chcę, nie potrafiłam ustępować nawet w drobiazgach. To ma katastrofalne konsekwencje. Mój były partner zaczął żyć moim życiem.

Cały swój czas, całą swoją energię skupił na mnie. W pewnym sensie sama do tego doprowadziłam, ale nieświadomie. Nie kontrolowałam swojej dominacji. Poświęcenie w związku jest fajne, ale są granice, których nie należy przekraczać. Każdy musi mieć swój własny świat, swoje zajęcia. Nawet w najbardziej szalonej miłości nie wolno zapominać o sobie".

Florecistka dodaje, że jej zmorą są chandry, z którymi często nie potrafi sobie radzić: "W uczuciach jestem maksymalistką - albo cholernie szczęśliwa, albo zupełnie zdołowana. Mam huśtawkę nastrojów i tego u siebie nie cierpię. Lubię, kiedy jestem poukładana, mam wolę do życia, mnóstwo energii. Nie lubię, kiedy mam słabsze dni, źle się czuję i nawet nie wiem dlaczego" - wyznała.

"Wtedy zaszywam się w domu, nie wychodzę - i to jest najgorsze - ucieczka od ludzi. Pracuję nad tym. Ostatnio, jak mnie dopadło, od razu złapałam za telefon, zadzwoniłam do przyjaciółki, wygadałam się i kryzys minął".

Przyznacie,że opowieść z życia...Wiele elementów także z naszego(te do wyeliminowania) opowiedziane po ludzku z właściwą dozą krytyki.

Kto dopisze nastepną?
 
 
agger
weteran forum


Wiek: 69
Dołączył: 05 Lut 2008
Posty: 145
Poziom: 11
HP: 0/272
 0%
MP: 130/130
 100%
EXP: 3/25
 12%
Wysłany: Sob 11 Paź, 2008 16:22   

Jezus jest Panem !!!

Alleluja!!!
Czytając świadectwa na stronie Adonai.pl postanowiłam napisać również swoje świadectwo. Nie jest mi łatwo, bo to wszystko co napiszę jest bardzo "świeże" w moim życiu. Moje problemy zaczęły się bardzo wcześnie. Nie pamiętam dokładnie ile miałam wtedy lat. Gdy byłam jeszcze malutkim dzieciaczkiem dzieliłam pokój z rodzicami i młodszym bratem. Mieliśmy tylko jeden pokój dlatego musiałam spać z bratem w jednym łóżku. Dzieci na ogół są bardzo ciekawskie anatomii. I od tej niedopilnowanej ciekawości się zaczęło. Co się zaczęło? "Chwalenie się" swoją seksualnością, sprawianie sobie nawzajem przyjemności. Małe dzieci nie wiedziały, że robią coś złego, a robiły to tak dyskretnie, że rodzice nie zauważyli niczego podejrzanego (niestety, bo nie byłoby innych problemów).

Wraz z bratem dorastaliśmy. Przez pewien czas "daliśmy sobie spokój". Ale potem rodzice kupili Dekoder Polsatu co się łączyło z innymi programami, także tymi pornograficznymi. Zaczęłam często na te programy zaglądać. Wkręciłam się. Potem wciągnęłam brata. W między czasie dostaliśmy jeszcze jeden pokój. Już nie dzieliliśmy pokoju z rodzicami. Miałam z bratem osobne łóżka, ale wspólny pokój. Wyszłam z inicjatywa ponownego sprawiania sobie "przyjemności". Molestowałam brata. Gdy miałam ok.13 lat zauważyłam, że coś jest nie tak. Po każdym incydencie z bratem płakałam rzewnymi łzami. Nie wiedziałam jak sobie dać z tym rade. Często się to powtarzało. Zaczęłam przepraszać Boga i błagać Go, aby mi pomógł. Przez długi czas nie chodziłam do spowiedzi. A jeśli już poszłam to nie mówiłam tego co powinnam powiedzieć, potem przystępowałam świętokradzko do Komunii. W szkole zawsze sobie radziłam. Wszystko było w tej kwestii ok. W którymś momencie zaprzestałam grzeszyć z bratem. Zaczęła się masturbacja, której i wcześniej nie brakowało. Zdarzało się, że dokonywałam tego czynu nawet kilka razy dziennie. To było dla mnie straszne. Ale ciągle nie byłam w stanie się z tego wyspowiadać.

Dopiero gdy mając 15 lat pojechałam na 1st OAZY NOWEGO ŻYCIA powiedziałam w konfesjonale NAMIASTKÊ tego co złego zrobiłam. Gdy odeszłam od konfesjonału czułam się "lżej" ale zaraz przyszła myśl, że nie wyznałam wszystkiego. W między czasie doszła pornografia w Internecie. Coraz mocniejsze zdjęcia, filmy. W którymś momencie dalszego życia przystąpiłam do spowiedzi generalnej. Ale niestety Zły mimo to mnie powstrzymał od powiedzenia wszystkiego. Byłam tym załamana i czułam się beznadziejnie. Na 2st ONŻ poznałam wspaniałego Kapłana. Bardzo mu zaufałam. Byłam pewna, że to jest Kapłan, który mi pomoże powrócić do Jezusa. I tak było. Pewnego pięknego dnia (a było to bardzo niedawno) do niego poszłam. Usiedliśmy u niego w pokoju, a ja zaczęłam coś mówić. Nie mogłam niektórych słów wymówić. Nie chciały mi przejść przez gardło. Spowiednik złapał mnie za rękę, mocno ścisnął i nawet zadawał "pomocnicze pytania" aby mi pomóc w wyznaniu wszystkiego. Po spowiedzi chciało mi się płakać z radości. Ksiądz mnie przytulił. Poczułam się tak jakby przytulał mnie sam Jezus, który właśnie przed chwilą zapomniał moje grzechy, Jezus, który kocha mnie taką jaka jestem.

Z grzechem masturbacji zmagam się nadal. Nie jest łatwo. Często miewam pokusy. Ale teraz już wiem, że Jezus mnie kocha z moimi słabościami. Gdy teraz to piszę mam wypieki na twarzy. Od kilku miesięcy mam chłopaka... To mnie bardziej mobilizuje do walki o czystość. Gdy czuje, że jest mi bardzo ciężko mogę napisać smsa do księdza, u którego przystąpiłam do tej SZCZEREJ spowiedzi, teraz jest on moim stałym spowiednikiem. Grzechy, które popełniałam jako dziecko i w późniejszym wieku, pozostawiły głębokie rany w moim sercu. Nie jest łatwo mi z tym wszystkim. Ale dzięki temu, że Jezus mnie kocha i, że doświadczam Jego Miłości jest mi o wiele łatwiej. Jestem pewna, że On uleczy mnie całkowicie. Że uwolni mnie ze zniewolenia, i Swoją Miłością uleczy rany, które w sobie noszę. JEZUS MNIE KOCHA!!! I CIEBIE RÓWNIEŻ!!! ZE WSZYSTKIMI NASZYMI SŁABOŚCIAMI!!! Bo BÓG JEST MIŁOŚCI¡!!! Chwała Panu!!!




Ania (17 lat)
 
 
Włodek Lubański
medal za tyle postów!


Wiek: 69
Dołączył: 09 Cze 2006
Posty: 548
Poziom: 21
HP: 0/996
 0%
MP: 475/475
 100%
EXP: 30/56
 53%
Wysłany: Pon 27 Paź, 2008 11:48   

POMNIK PSA DŻOKA - legendy Krakowa, najwierniejszego z wiernych...
Te wszystkie opisane tu wydarzenia miały miejsce w rzeczywistości. Historia tego psiaka jest naprawde wzruszająca, pokazuje jak wielkie serce mają nasi czworonożni przyjaciele. To zdarzyło się późną jesienią w 1991 roku - wspomina Anna Baranowska, kierownik Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami. - Dostaliśmy sygnał, że w okolicach ronda Grunwaldzkiego błąka się pies i nie pozwala się złapać. Podejmowaliśmy próby, ale zawsze nas przechytrzył. Wkońcu zaczęły docierać do nas informacje, że pies był świadkiem, jak przy rondzie Grunwaldzkim karetka zabrała jego pana. Dżok na niego czekał. Pan Dżoka jednak już nigdy nie wrócił, zmarł w drodze do szpitala.Pani Ania wspomina, że Kraków podzielił się wtedy na dwa obozy. Jedni uważali, że Dżoka należy złapać i oddać do azylu. Drudzy, że należy go zostawić w spokoju. Ta druga opcja, z powodu trudności ze złapaniem psa, zwyciężyła.Krakowianie wybudowali na rondzie budę, przywozili psu koce i jedzenie. Dżok mieszkał na owalnym skwerze i ciągle czekał na pana. Uważał na samochody i tramwaje. Nie utrudniał ruchu.
O wiernym Dżoku pisała prasa, wiadomości o nim przekazywała telewizja. Dżokiem interesowały się zagraniczne media. Dopiero Wianki nad Wisłą zmiękczyły niezłomnego psa. Po nocy pełnej wybuchów petard postanowił pójść za panią Miller, która codziennie przynosiła mu jedzenie. Pomaszerował za nią do jej mieszkania w kamienicy na ul. Dietla i zgodził się tam zostać. Postawił" jednak swoje warunki. Nigdy nie pozwolił założyć sobie obroży, ani smyczy. Chciał być wolny. Dżok mieszkał z panią Miller pięć lat. Gdy zmarła, pracownicy TOnZ chcieli zabrać psa do luksusowego hotelu dla zwierząt. Gdy ten wyczuł co się święci, uciekł.- Szukał go cały Kraków opowiada Anna Baranowska. Nie mogliśmy uwierzyć, gdy znaleziono go martwego na torach. Wpadł pod pociąg na prawie nie uczęszczanej trasie... Jego historia stała się legendą Krakowa, niektórzy twierdzą że psie serce nie wytrzymało kolejnej rozłąki i specjalnie wskoczyło pod jadący pociąg.... Dżok został pochowany na terenie schroniska dla Zwierząt w Krakowie. Jego historia poruszyła wielu ludzi, którzy postanowili upamiętnić tę wzruszającą psią wierność. Powstał pomysł wystawienia Dżokowi pomnika, początkowo nie uzyskał on jednak aprobaty władz miasta. Wtedy w akcję popierającą postawienie pomnika włączyły się ogólnopolskie media, wiele organizacji (np. Krakowskie Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami), znanych osób (m.in. Zbigniew Wodecki, Jerzy Połomski) i oczywiście mieszkańców Krakowa.
Pomnik wykonał prof. Bolesław Chromy, jeden z najbardziej znanych krakowskich rzeźbiarzy, . Postawiono go na wiosnę 2001 roku - dokładnie w 10 rocznicę opuszczenia przez Dżoka ronda. Odsłony dokonał przedstawiciel psiej nacji, owczarek Kety. Podpis pod pomnikiem krótko opisuje historię wiernego mieszańca: brzmi

Pies Dżok

Najwierniejszy z wiernych
Symbol psiej wierności

Przez rok /1990-1991/ oczekiwał
na Rondzie Grunwaldzkim na swego Pana,
który w tym miejscu zmarł ...
_________________
"Możemy być tylko tym, kim jesteśmy, nikim więcej i nikim mniej."
T. Goodkind
 
 
Romano
medal za tyle postów!


Dołączył: 02 Gru 2007
Posty: 200
Poziom: 13
HP: 0/370
 0%
MP: 176/176
 100%
EXP: 6/30
 20%
Wysłany: Pon 27 Paź, 2008 12:05   

Buziak na szczęście



Kolejka trzęsie i podskakuje, jej koła bardziej zawzięcie niż zwykle zgrzytają na stalowych szynach. Wokół nas zima. Posępna zatoka Arsta z okien pędzącego pociągu wygląda jak lodowata otchłań. Wagon wypełniony jest zziębniętymi, znudzonymi i obojętnymi na wszystko pasażerami. Dzień dobry!

Nagle jakiś chłopczyk zaczyna się przeciskać między nogami nieprzyjaznych starszych osób - takich, co to niechętnie zrobią trochę miejsca - i siada przy oknie. Sam pośród rozeźlonych wczesną porą dorosłych. Ale zuch - myślę. Jego ojciec stoi przy drzwiach za nami. Pociąg, kiwając się, wjeżdża w podziemny świat tuneli.

Nagle zdarza się coś zupełnie niespodziewanego. Poważny mały chłopiec zsuwa się z siedzenia i kładzie dłoń na moim kolanie. Przez chwilę myślę, że chce wrócić do ojca, więc robię mu przejście. Jednak malec pochyla się do przodu i wyciąga głowę w moim kierunku. Następna myśl: Pewnie chce mi coś powiedzieć na ucho. Ach, te dzieci... Pochylam się, aby go wysłuchać. I znów pomyłka! Zamiast tajemniczej wiadomości otrzymuję głośnego buziaka w policzek.

Chłopiec jak gdyby nigdy nic siada z powrotem na swoim miejscu i dalej patrzy w okno. Ja zaś jestem kompletnie oszołomiony ze zdumienia.

O co tu chodzi? Małe dziecko w czasie podróży metrem obdarza pocałunkiem zupełnie nieznaną dorosłą osobę. Komu przyszłoby do głowy całować takie nieprzystępne typy jak my - poranni pasażerowie. Jednak wkrótce wszyscy siedzący obok mnie podróżni również dostają po buziaku. Zdezorientowani, uśmiechamy się nerwowo do ojca dziecka, który sposobiąc się do wyjścia dostrzega nasze pytające spojrzenia i spieszy z wyjaśnieniem.
- On się tak bardzo cieszy, że żyje - mówi. - Bardzo ciężko chorował.

Po chwili tata z synem znikają w tłumie ludzi wysiadających z wagonu. Na policzku wciąż czuję ciepło pocałunku sześciolatka - pocałunku, który poruszył moją uśpioną duszę.

Czy dorośli potrafiliby obcałowywać się ze zwykłej radości, że chodzą po tym świecie? Ilu w ogóle zastanawia się, jakim darem jest życie? Całe zdarzenie przywodzi na myśl scenę z powieści Svena Delblanca - Rzeka pamięci, w której pewien mężczyzna, jadąc pociągiem, składa gazetę, pochyla głowę i zaczyna płakać. Co by się stało, gdybyśmy wszyscy odważyli się być sobą, bez żadnych zahamowań? Na pewno zapanowałby totalny chaos.

Ten mały chłopiec rozdający buziaki dał nam słodkie, choć całkiem poważne ostrzeżenie: Uważajcie, abyście nie umarli, zanim przestanie bić wasze serce! I nagle powód, dla którego dzieciom łatwiej dostąpić Królestwa Niebieskiego, wydał mi się zupełnie oczywisty.


/Dag Retso/
 
 
agger
weteran forum


Wiek: 69
Dołączył: 05 Lut 2008
Posty: 145
Poziom: 11
HP: 0/272
 0%
MP: 130/130
 100%
EXP: 3/25
 12%
Wysłany: Sob 01 Lis, 2008 10:35   

Szczeniaki na sprzedaż



Właściciel sklepu przytwierdził nad wejściem tabliczkę z napisem: "Szczeniaki na sprzedaż".
Takie ogłoszenia zazwyczaj przyciągają dzieci, toteż niebawem w sklepie pojawił się mały chłopiec.
- Po ile pan sprzedaje swoje szczeniaki? - zapytał.
- Tak po 30 do 50 dolarów - odparł właściciel.
Chłopczyk sięgnął do kieszeni i wydobył z niej kilka drobnych monet.
- Mam 2 dolary i 37 centów - powiedział. - Czy mógłbym zobaczyć te pieski, proszę pana?
Sprzedawca uśmiechnął się i zagwizdał. Z budy wyszła Lady. Truchtem pobiegła przez sklep,
a za nią potoczyło się pięć malusieńkich, drobniuteńkich kuleczek.
Jedno ze szczeniąt wyraźnie zostawało w tyle. Chłopiec natychmiast wskazał na nie nadążającego
za resztą, kulejącego psiaka i spytał:
- Co mu się stało?
Właściciel wyjaśnił mu, że badał go już weterynarz i okazało się, że psiak ma niewłaściwą budowę biodra.
Zawsze już będzie kulał, na zawsze pozostanie kaleką.
Chłopiec zapalił się natychmiast.
- Właśnie tego szczeniaka chciałbym kupić! - oznajmił.
- Nie, nie. To niemożliwe, byś chciał kupić tego pieska - odparł sprzedawca. - Jeśli naprawdę ci na nim zależy, po prostu ci go dam.

Chłopczyk wyglądał na poważnie zdenerwowanego. Spojrzał właścicielowi prosto w oczy i wskazując palcem, odezwał się:
- Nie chcę, żeby pan mi go dawał. Ten piesek jest wart co do grosza tyle samo co pozostałe szczeniaki i zapłacę za niego całą sumę.
Właściwie, to zapłacę panu teraz tylko 2 dolary i 37 centów, lecz co miesiąc będę przynosił 50 centów, dopóki go nie spłacę.
Sprzedawca zaoponował:
- Ależ ty nie możesz chcieć takiego psa. On nigdy nie będzie mógł biegać, skakać, bawić się z tobą tak, jak inne szczeniaki.
Chłopczyk schylił się i podwinął lewą nogawkę spodni, odsłaniając kaleką nogę, wspieraną dużą metalową klamrą. Spojrzał na właściciela sklepu i odparł cicho:
- Cóż, ja sam dobrze nie biegam, a ten szczeniak potrzebuje kogoś, kto to zrozumie!

Dan Cla
 
 
Romano
medal za tyle postów!


Dołączył: 02 Gru 2007
Posty: 200
Poziom: 13
HP: 0/370
 0%
MP: 176/176
 100%
EXP: 6/30
 20%
Wysłany: Wto 18 Lis, 2008 08:56   

Poniedziałek, 17 listopada (22:32)

Kuba Błaszczykowski w ostatnich tygodniach zasygnalizował naprawdę wysoką formę. Pod nieobecność doświadczonych graczy, to on może być wiodącą postacią kadry Leo Beenhakera. - Chcielibyśmy zakończyć ten rok zwycięstwem - deklaruje 23-letni zawodnik.

Niedawno Błaszczykowski doznał kontuzji w meczu z Herthą Berlin. Polski pomocnik został uderzony w twarz przez Marca Steina i z zakrwawionym nosem opuszczał plac gry.

- W telewizji wyglądało to koszmarnie...

- Każde złamanie, tym bardziej nosa, kiedy leje się krew może tak wyglądać. Wszystko już jest w porządku. Nie ma tragedii.

- To nie przeszkadzało Ci grać na bardzo wysokim poziomie w ostatnich meczach.

- Różnie z tym bywało. Przeszkadzała mi ta maska. Nie ukrywajmy tego - nie gra się z tym zbyt przyjemnie. Przede wszystkim ogranicza pole widzenie i to był ten mankament, który uniemożliwił mi grę na swoim poziomie.

- Inni dostrzegają to, że grasz dobrze. Twoje nazwisko pojawia się kontekście ewentualnych transferów. Czy coś mógłbyś powiedzieć na ten temat?

- O niczym tak na dobrą sprawę nie wiem.

- To znaczy, że na razie nikt się jeszcze z Tobą nie kontaktował?

- Nie. Na razie jestem zawodnikiem Borussii. Dobrze się tam czuję, więc spokojnie do tego podchodzę.

- Lubisz posłuchać Beatles'ów?

- Powiem szczerze, że to nie moje lata. Ciężko bym znał na pamięć jakąś ich piosenkę. Jedną płytę już dostałem.

- Pewnie gdybyś grał w Liverpoolu, to dostałbyś całą kolekcję?

- Nie lubię spekulować. Nie lubię się odnosić do spekulacji, więc nie chcę tego komentować. Ja osobiście o niczym nie wiem.

- Za dwa dni mecz z Irlandią. Ostatni w tym roku. Zaczęliście rok od wygrania z bardzo mocnymi Czechami na Cyprze. Później różnie się to układało. Było Euro, był kolejny mecz z Czechami, nieszczęsna Słowacja. Jak chcecie zakończyć ten rok?

- Nie był to szczególnie udany rok. Zdajemy sobie z tego sprawę. Chcielibyśmy zakończyć ten rok zwycięstwem. Chcielibyśmy to zrobić również dla naszych kibiców. Gdzie nie gramy, to zawsze jest ich dużo i możemy na nich liczyć.

Myślę, że trener dobiera przeciwników w kontekście przyszłorocznych meczów eliminacyjnych. Pierwszy mecz gramy z Irlandią Północną, która prezentuje podobny styl do Irlandii. Sądzę, że Irlandia jest trochę mocniejszą drużyną, ale takie przetarcie z silniejszym rywalem się przyda.

- Co można się dowiedzieć na pięć miesięcy przed meczem z Irlandią Północną po takim meczu, jak w środę?

- Przede wszystkim chodzi o to przetarcie. To jest wyspiarski styl. Nastawiony na walkę. Tak mi się wydaję, że w meczu z Irlandią Północną będziemy zmuszeni, by prowadzić grę. Drugą rzeczą jest to, że będziemy grać w Irlandii Północnej, więc teraz możemy oswoić się z warunkami. Tutaj są trochę inne boiska, bardziej grząskie. Z tego co wiem jeszcze będziemy grać z Walijczykami. Trener wie, jak nas dobrze przygotować do tych meczów eliminacyjnych.

- To miał być mecz towarzyski, ale bardzo poważnie potraktowany tak, jak o punkty i nagle w ostatniej chwili z powodu kontuzji wypada trzech podstawowych zawodników - Michał Żewłakow, Rafał Murawski i Ebi Smolarek.

- Jest to dla nas osłabienie, ale i szansa dla zawodników, którzy mniej grali. Teraz mają pokazać się trenerowi i zaprezentować, że warto na nich stawiać. Taka jest piłka i nieszczęście innych powoduje szansę dla innych. Oby tak było w tym środowym meczu, żeby ci zawodnicy, którzy mniej grali mieli szanse na zaprezentowanie się z dobrej strony trenerowi.

- Mówiłeś, że dla reprezentacji to był rok wzlotów i upadków, ale dla Ciebie przynajmniej jesień jest taka, że chociaż nie lubisz pochwał, to je zbierasz. Wszystkie oczy są na Ciebie zwrócone...

- Ja już mówiłem o tym, że gwiazdy są na niebie. Ja nie jestem żadną gwiazdą. Piłka nożna to sport zespołowy. Nie liczą się indywidualne osiągnięcia, ale wynik zespołu. Na dobrą sprawę można grać dobry mecz i przegrać. To się liczy. Ja odcinam się od tego i chcę, żeby drużyna wygrywała. Poświęcam swoje umiejętności dla dobra drużyny.

- Obawiasz się tych twardych Irlandczyków? Pracują dużo łokciami, grają ostro...

- Lepiej gra się z drużynami, która potrafi grać w piłkę, bo wtedy teoretycznie jest więcej miejsca na boisku. Może to dziwnie zabrzmi, ale tak jest. Drużyna stara się wtedy atakować, a nie tylko bronić. Myślę, że Irlandia prezentuje niezły futbol, więc będzie na co popatrzeć w środę.

- To dość specyficzne miejsce dla Polaków. Na stadionie ma być 40 tysięcy biało-czerwonych kibiców. Masz tutaj kogoś z rodziny, kogoś z bliskich?

- Niestety nie mam. Na pewno będzie miło. Myślę, że nie tylko w Irlandii, ale gdzie nie pojedziemy, to możemy liczyć na kibiców.

- Zmęczony jesteś tym szumem wokół siebie?

- Powiem szczerze, że nie. Dobrze się czuję. Oby tak dalej. Nie mam na co narzekać.

źródło informacji: ASInfo/INTERIA.PL
 
 
daniel.a
weteran forum


Wiek: 52
Dołączył: 14 Lis 2008
Posty: 132
Poziom: 10
HP: 0/230
 0%
MP: 110/110
 100%
EXP: 12/22
 54%
Wysłany: Sob 22 Lis, 2008 17:59   

Pracę wymodlili u Matki Boskiej Licheńskiej

Czy modlitwa może uratować fabrykę przed likwidacją, a nawet spowodować jej rozkwit? Tak! Przekonali się o tym pracownicy Fabryki Dywanów "Agnella" w Białymstoku.

Kiedy kilka lat temu okazało się, że jeden z największych zakładów pracy na Podlasiu - Fabryka Dywanów "Agnella" w Białymstoku upada, a na biurku prezesa znalazła się lista stu osób do zwolnienia, pracownicy wzięli sprawę w swoje ręce. I choć z ludzkiego punktu widzenia nic nie można było zrobić, oni wierzyli, że pomoże im Matka Boża.

Po ratunek do Lichenia

- Pamiętam ten dzień. Wróciłam do pracy z urlopu. Opowiadam koleżankom, jak było w Rzymie. One, że mam się tak nie cieszyć bo zaraz poleci z pracy pierwsze sto osób. Co było robić? Prezes nie pomoże, zarząd i związki zawodowe też nie. Do głowy mi przyszło, żeby dać na Mszę w Licheniu w intencji pracowników. Wysłaliśmy pieniądze. Udało nam się nawet na tę Mszę pojechać. Wtedy zaczęły dziać się cuda - opowiada Marianna Żamojtuk, pracownica przędzalni i organizatorka pielgrzymek do Lichenia.

Pierwsze zwolnienia co prawda się odbyły, ale zaraz po nich następowały... przyjęcia do pracy.

- Wróciłam z pracy z wypowiedzeniem w ręku. Poszłam na zaległy urlop i kompletnie się załamałam. Jak tu po tylu latach nie pójść do pracy?! Budziłam się o tej godzinie, o której powinnam iść do fabryki. Najbardziej mi brakowało tego huku maszyn. Płakałam całe noce. Co dam jeść dzieciom? Z czego będziemy żyć? Ale na Mszę w Licheniu dałam i wierzyłam, że coś się musi stać. Któregoś dnia smażę dzieciom na obiad placki ziemniaczane, a tu synek mówi, że kierowniczka działu dzwoni. Omal nie zemdlałam: pani Janko, jutro proszę się stawić do fabryki. Przywracamy panią do pracy! I jak tu nie wierzyć? - mówi, nie kryjąc wzruszenia, Janina Chomiczewska, z wybij alni wzorów.

Cuda w fabryce

Takich historii jest więcej. Z pracy zwolniona została i z powrotem do niej przywrócona również Ewa Kulesza. I to aż dwa razy! Tak było 12 lat temu. Od tamtego czasu w Fabryce Dywanów "Agnella" wiele się zmieniło. Nie zwalnia się pracowników, a firma z każdym rokiem rozwija się. To właśnie dywany z tej fabryki najczęściej trafiają do naszych polskich domów, ale także za granicę. Dziś w "Agnelli" pracuje ponad 700 osób.

- Wymodliliśmy to u Matki Boskiej Licheńskiej. W naszej fabryce było już tak ile, że żadna ludzka ręka nic by nie zdziałała. Pomóc mógł tylko Bóg przez wstawiennictwo Matki Boskiej. Inaczej tego wytłumaczyć się nie da. My, pracownicy "Agnelli", nie boimy się mówić, że to, co się u nas stało 12 lat temu, to istny cud - mówi Michał Sołowiej. Od tamtego czasu pracownicy fabryki wraz z rodzinami pielgrzymują do Lichenia co roku. A to za sprawą Koła Przyjaciół Sanktuarium w Licheniu, które powstało przy fabryce.

- Dostaliśmy od szefostwa pozwolenie na taką działalność w fabryce. Także nasz prezes i zarząd chętnie zgadzają się na pielgrzymowanie do Lichenia i zamiast korzystać z funduszu socjalnego na wakacje "pod gruszą" my przyjeżdżamy do Sanktuarium. Zawsze z jakimiś skromnymi darami. Są to oczywiście dywany. Naszemu szefostwu chcemy podziękować za to, że zawsze chętnie wyrażają zgodę, byśmy te dary Matce Bożej ofiarowali - mówi Marianna Żamojtuk, która swoją miłością do Lichenia "zaraziła" także swoją rodzinną wieś Mień.

Prawdziwa modlitwa

Kiedy znajomi pytają po co im to pielgrzymowanie, oni tylko uśmiechają się.

- A ja mówię wprost: Byłeś w Licheniu? Nie? No to nie ma co opowiadać. To trzeba samemu przeżyć. Jak się tutaj jest, to człowiek czuje rozmodlenie w każdym kamieniu. To święte miejsce! - dodaje Michał Sołowiej.

W Licheniu spędzają najczęściej sobotę i niedzielę. Uczestniczą w nabożeństwach, Mszach świętych w intencji wszystkich pracowników i indywidualnie się modlą.

- Na co dzień człowiek nie może się skupić. Dużo pracy, dużo ludzi, ciągle ktoś czegoś chce. Łapię się na tym, że czasami to nawet nie pamiętam, co ksiądz na niedzielnym kazaniu mówił. A jak przyjeżdżam do Lichenia, to wszystko jest inaczej. Msze są inne i ma się wrażenie, że ksiądz w kazaniu do mnie mówił: Odmawiając różaniec, nie klepiemy go, jak to nieraz bywa, tylko naprawdę modlimy się głęboko - mówi Anna Sarnocińska.

Grażyna Marciniak w Licheniu wymodliła nie tylko pracę. Przyjeżdża tutaj i prosi Matkę Boską o wszystko, z czym tak po ludzku nie daje sobie rady.

- Codzienność jest ciężka. Bez Matki Boskiej Licheńskiej nie dałabym sobie rady. Licheń to mój drugi dom i niesamowite jest to, że wszyscy tutaj tak się czujemy - mówi pani Grażyna.

Gdzie dwóch lub trzech

- Człowiek niecierpliwy jest i wydaje mu się, że jak się modli, to zaraz tak się stanie. A czekać trzeba, tak jak my czekaliśmy. Jestem prostą kobietą i nie chciałabym nikogo nauczać, ale w dzisiejszych czasach, kiedy tak ciężko jest o pracę i kiedy jesteśmy niespokojni o jutro, warto zwrócić się o pomoc do Matki Bożej. I jeszcze lepiej jak to zrobią całe zakłady pracy, bo ,,gdzie dwóch lub trzech spotyka się w imię moje, tam ja jestem" - mówił Chrystus - dzieli się Marianna Żamojtuk.

Oni wierzą. A nawet wiedzą, że Bóg Miłosierny jest i wysłucha każdego z nas. Za sprawą kilku pracowników z fabryki dywanów, którzy pewnego dnia powierzyli sprawy Maryi, do Lichenia przyjeżdża coraz więcej osób. Chcą nie tylko wymodlić pracę, ale też zdrowie, trzeźwość małżonków, szczęście dla dzieci i najbliższych, nawrócenia, dobrych przyjaciół. I to się dzieje!


Anna Kowalska
 
 
agger
weteran forum


Wiek: 69
Dołączył: 05 Lut 2008
Posty: 145
Poziom: 11
HP: 0/272
 0%
MP: 130/130
 100%
EXP: 3/25
 12%
Wysłany: Wto 02 Gru, 2008 18:30   

Sławomir Sikora: Wciąż spłacam dług!

Wtorek, 2 grudnia (09:16)

Od ułaskawienia w grudniu 2005 roku spłacam dług wobec ludzi i Boga. Z 25 lat więzienia odsiedziałem 3690 dni. Za swój czyn będę płacił do końca życia. W imię wolności!

5 grudnia 2005 roku odzyskałem wolność. Tego dnia zdecydowałem, że działanie na jej rzecz, stanie się moim celem w życiu. Trzeci rok na wolności, w objęciach kuratora, lecz mimo wszystko z WOLNOŚCI¡ w tle. Czasem aż trudno mi uwierzyć w to, że jednak jestem tutaj, po drugiej stronie muru, a mój świat nie jest już "w kratę".

Przeczytaj fragment książki Sławomira Sikory "Osadzony"

Muszę wykorzystać dany mi czas!

Niezwykłe. Dlaczego? Ponieważ nie każdy ma szansę na drugie prawo do życia. Ja tę szansę dostałem i nie chcę jej zmarnować.

Siedząc w dusznej celi, z wyrokiem 25 lat więzienia i świadomością, że gdy wyjdę na wolność, moja młodość będzie już tylko wspomnieniem, zrozumiałem, że nie ma przyszłości, że jest wyłącznie teraźniejszość, że świat może się zawalić w ciągu jednego dnia.

Dlatego postanowiłem żyć intensywnie, żyć tak, jakby jutro nie miało być jutra. Postanowiłem maksymalnie wykorzystać dany mi czas.

Dlaczego człowiek zabija?

Nie odcinam się od przeszłości, ale żyję teraźniejszością. Musiałem nauczyć się żyć z piętnem przestępcy i stygmatem lat spędzonych w więzieniu.

To, co się stało, było okrutne. Czyn był bestialski. Nieraz zastanawiałem się, dlaczego człowiek jest zdolny do popełnienia zbrodni. Zwykły człowiek, taki, który kocha, który czuje się odpowiedzialny za rodzinę, ma psa i plany na przyszłość. Dlaczego zabija?

Podczas mojego pobytu w więzieniu przez pół roku badali mnie biegli sądowi, aż któregoś dnia jeden z nich zapytał mnie wprost: "Dlaczego pan nie symuluje choroby?".

Psychologia zła

Sam chciałem dowiedzieć się od psychologów prawdy o sobie. Chciałem wiedzieć, czy każdy normalny człowiek, który znalazłby się w mojej sytuacji, potrafiłby zabić? Chciałem wiedzieć, czy wszyscy tacy jesteśmy?

Minęły lata, a te pytania wciąż do mnie wracają. Może dlatego zainteresowałem się psychologią zła Philipa Zimbardo.

Pisać zacząłem jeszcze w więzieniu. Debiutowałem w klubie Literackim Bartnicka 10, w antologii twórczości więziennej "Khatarsis", a po niej w "Ryszard i (nie)przyjaciele".

Godność za murem


Za kratami człowiek jest pozostawiony sam sobie i często poddaje się bez walki, bo całą energię musi włożyć w przetrwanie, w naukę, jak przeżyć w nowej rzeczywistości.

Każdy ma wybór, poddać się i zaprzepaścić siebie albo walczyć. Ja wybrałem drugą możliwość.

Jedynym sposobem na przetrwanie jest determinacja. Kiedy decydujesz się walczyć, stajesz twarzą w twarz z bezlitosnym i bezdusznym systemem, wyposażonym w narzędzia, które wielu przetrąciły kręgosłup.

O szansę dla Artura!

Jeżeli podejmujesz trud, to przy wsparciu odpowiednich ludzi i organizacji jesteś w stanie wygrać. Wiem, że warto walczyć, nawet wtedy, gdy na początku drogi trudno dojrzeć światło w tunelu.

Artur Bryliński wciąż czeka na akt łaski prezydenta. Ma przerwę w odbywaniu kary, a jego powrót za kraty, jak miecz, nadal wisi nad jego głową.

Nie wiem, dlaczego prezydent Aleksander Kwaśniewski zadecydował, by ułaskawić tylko mnie. Liczę na to, że prezydent Lech Kaczyński da Arturowi szansę na życie po tej stronie muru.

Ostatnich klika lat mojego życia to ciągły bieg, setki spotkań, seminaria i konferencje, głównie w środowisku akademickim i w gronie ludzi młodych. Czy takie spotkania ze mną komuś pomagają? Mam taką nadzieję.

Wierzę w państwo prawa

Fundację 43dom (For Freedom) ustanowiłem w 2007 roku, jestem jej fundatorem. Ze względu na brak praw publicznych nie mogę jej rozwijać. Zostałem ułaskawiony, ale dopiero w przyszłym roku odzyskam prawa publiczne.

Odwiedź bloga Sławomira Sikory

Wiele godzin spotkań z ludźmi zaowocowało moją refleksją na temat Polski jako państwa prawa. Często spotykam się z krytycznymi opiniami tych, którzy czują się coraz bardziej zagubieni w obliczu skomplikowanych przepisów i procedur. Tych, którzy nie odczuwają wsparcia instytucji mających zapewnić im bezpieczeństwo. Zastanawiam się, czy faktycznie żyję w państwie prawa. Wierzę, że tak.

Wszystko dla wolności

Serwis Wolność Bez Granic ( www.43dom.interia.pl ) stworzyliśmy dla wszystkich zainteresowanych problematyką wolności. Za jego pośrednictwem chcemy prowadzić dialog społeczny, wspierać postawy obywatelskie, a także pokazywać nieposłuszeństwo obywatelskie na egoizm władzy.

Serwis został przygotowany tak, by każdy, kto ma potrzebę wyrażenia swojego zdania, mógł to zrobić.

Nadzieja jest zawsze!

Moja osoba jest przykładem nieposłuszeństwa obywatelskiego. Sąd skazał mnie, w imieniu społeczeństwa, na karę 25 lat pozbawienia wolności. Po dziesięciu latach ludzie upomnieli się o moją wolność i udało się.

Działając zgodnie z prawem można dokonać czynów wydawałoby się niemożliwych. Moje ułaskawienie jest tego najlepszym przykładem.

Mam cichą nadzieję, że serwis nauczy ludzi, jak działać zgodnie z literą prawa w sytuacjach bez wyjścia i będzie wsparciem dla tych, którzy stracili wiarę na zmianę swojej rozpaczliwej sytuacji.

Nadzieja umiera ostatnia...

Sławomir Sikora
 
 
Miczka Roman
weteran forum


Wiek: 46
Dołączył: 30 Lis 2007
Posty: 134
Poziom: 10
HP: 0/230
 0%
MP: 110/110
 100%
EXP: 14/22
 63%
Wysłany: Sob 06 Gru, 2008 08:16   

ŚW. MIKOŁAJ Z MYRY (Z BARI) (RM)


Św. Mikołaj urodził się prawdopodobnie w bogatej rodzinie zamieszkałej w Patarze w Lycji (prowincja Azji Mniejszej). Wybrany został biskupem zaniedbanej podówczas diecezji Myry, którą zarządzał z wielką troską i wiarą. Tam właśnie zasłynął swą świętością, zapałem i cudami. Zmarł ok. 350 r. Niewielka ilość autentycznych informacji na jego temat chętnie uzupełniana była kolorowymi szczegółami legend. Pierwszą biografię Mikołaja napisano w 9 wieku, najbardziej jednak upowszechniła się jego biografia spisana przez Szymona Metaphrastesa w wieku 10.

Historycy greccy utrzymują, że Mikołaj cierpiał uwięzienie i nie wyparł się wiary podczas prześladowań Dioklecjana. Obecny był na Soborze w Nicei, gdzie potępiał arianizm. Jedna z opowieści twierdzi, że nawet uderzył heretyka Ariusza. Dodają także, że Mikołaj zmarł w stolicy swej diecezji, Myrze. Niestety brak konkretnych dowodów historycznych potwierdzających te fakty.

Już w czasach Justyniana (VI wiek) w Konstantynopolu znajdowała się bazylika zbudowana ku czci św. Mikołaja. Od IX wieku na wschodzie oraz od XI na zachodzie był on jednym z najpopularniejszych świętych, a także przedmiotem licznych legend. Mówią one o nim jako o młodym człowieku, który zdecydował się poświęcić swoje pieniądze na działalność charytatywną, a całe swe życie na nawracanie grzeszników.

Legendy mówią też, że choć mógł on odnaleźć jedność z Bogiem w życiu monastycznym, uznał, że nie chce zamykać się w klasztorze. Chciał bowiem iść w ślady Jezusa wędrującego po Palestynie. Podczas jednej ze swych podróży uciszył fale morza - dlatego też uważany jest za patrona żeglarzy i podróżników.

Pewien obywatel Patary utracił swój majątek i ponieważ nie mógł zapewnić posagu swym trzem córkom, groziło im zejście na złą drogę. Słysząc o tym, Mikołaj wziął mieszek ze złotem i wrzucił go przez okno do domu tego człowieka. Najstarsza córka wyszła dzięki temu za mąż. Podobnie uczynił też wobec dwóch pozostałych dziewcząt. Stąd często przedstawiano go na obrazach z trzema mieszkami. Błędna interpretacja tego wizerunku (myślano, że są to głowy dzieci) przyczyniła się do powstania innej (makabrycznej!) historii, według której Mikołaj wskrzesił trzech chłopców zamordowanych wcześniej i zakonserwowanych przez właściciela gospody.

Inna legenda mówi o tym, że Mikołaj pojawił się marynarzom pochwyconym przez sztorm u wybrzeży Lycji i doprowadził ich bezpiecznie do portu. Dlatego też często można spotkać kościoły poświęcone temu świętemu znajdujące się blisko brzegu morza. Jeszcze inne podanie twierdzi, że pojawił się we śnie Konstantynowi i sprawił, że ten ocalił od śmierci trzech niesłusznie oskarżonych urzędników. Inna wersja tej historii mówi, że gubernator Myry przyjąwszy łapówkę zgodził się wydać na śmierć trzech niewinnych ludzi. Gdy kat miał już pozbawić ich życia, pojawił się biskup tego miasta, Mikołaj i powstrzymał od wykonania wyroku, a następnie zwrócił się do gubernatora z tak przekonującą mową, że ten przyznał się do swego występku i poprosił o wybaczenie.

Gdy Myra dostała się w ręce Saracenów, miasta włoskie wykorzystały okazję, by zdobyć relikwie Mikołaja. Zostały one wykradzione przez kupców włoskich i dotarły do Bari na południu Włoch w roku 1087. Wybudowano tam nowy kościół ku czci świętego, a przy jego konsekracji obecny był papież Urban II. W ten sposób kult świętego Mikołaja stał się jeszcze popularniejszy, a sanktuarium stało się jednym z centrów pielgrzymkowych średniowiecznej Europy. U grobu św. Mikołaja dokonywały się liczne cuda.

Popularne wyobrażenie "świętego Mikołaja" (Santa Claus, Sint Klaus) jest niestety mieszanką elementów różnych kultur ludowych: niderlandzki zwyczaj obdarowywania dzieci prezentami w dniu jego święta miesza się tu z wyobrażeniem czarodzieja, który karze niegrzeczne dzieci, grzeczne zaś nagradza, a także z postacią germańskiego bóstwa Thora, który kojarzony był z zimą i jeździł na saniach zaprzężonych w kozy.

W średniowiecznej Europie dzień św. Mikołaja był okazją do wyboru "chłopca-biskupa", który sprawował rządy aż do święta Młodzianków (28.12). Zwyczaj ten dotrwał jeszcze do naszych czasów w Montserrat w Katalonii.

Emblematem św. Mikołaja w sztuce są trzy kule. Czasem ukazywany jest jako: (1) młody mężczyzna wrzucający trzy złote kule w okno trzech biednych dziewczyn; (2) wskrzeszający troje dzieci z beczki z marynatą; (3) ratujący rozbitków z wraku statku; (4) przywracający życie niesłusznie powieszonemu człowiekowi; (5) jako noworodek chwalący Boga. Szczególną czcią otaczany jest w Bari, Monserrat, i w Rosji.
 
 
Romano
medal za tyle postów!


Dołączył: 02 Gru 2007
Posty: 200
Poziom: 13
HP: 0/370
 0%
MP: 176/176
 100%
EXP: 6/30
 20%
Wysłany: Nie 14 Gru, 2008 11:13   

W JEZIORZE NADZIEJI

- Poza kapłaństwem i naturą miłość, którą nas Bóg codziennie obdarza przejawia muzyka i wszystkie sztuki piękne – mówi Mark Nowakowski, młody kompozytor ze Stanów Zjednoczonych, z którym spotykam się w Krakowie. -Muzyką chcę służyć. Ona jest we mnie i Bogu ją oddaję. Bóg lubi, kiedy z Nim pracujemy - dodaje i wie o czym mówi.

Rodzice Marka poznali się w Chicago, dokąd wyemigrowali w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Sytuacja polityczna spowodowała, że zdecydowali się zostać i pomagać pozostałej w Polsce rodzinie. Tęsknili za Polską, pielęgnowali polskie tradycje, a dzieci, które urodziły się już w Stanach nauczyli języka polskiego i sprawili, że one także pokochały Chopina, Jana Pawła II, brzmienie polskiej muzyki ludowej i polskiej Mszy świętej.

Zagubienie

Mark był upartym i dociekliwym dzieckiem. -Wnikliwie obserwowałem świat i ludzi. Krytycznie osądzałem ich zachowania. Zadawałem pytania, na które ani rodzice ani środowisko nie potrafili mi odpowiedzieć- wspomina. Uczęszczał do katolickich szkół przez dwanaście lat. Uczył się teologii i filozofii. Zauważył, że ludzie postępują inaczej niż mówią. -Widok obłudy i hipokryzji bardzo mnie zranił. Dzisiaj wiem, że hipokryzja jest normalnym zjawiskiem w każdym środowisku. Człowiek nie może osądzać wiary przez pryzmat zachowań ludzkich. Sam często jestem hipokrytą nawet dzisiaj– mówi Mark.
Wówczas przestał chodzić do kościoła, lecz nie przestał się modlić słowami: „Boże, prowadź mnie dobrą drogą i pokaż mi wiarę prawdziwą”.
Czytał o wszystkim: o judaizmie, o buddyzmie, o pogaństwie. Próbował różnych sposobów medytacji, bo chciał dobrze żyć w zgodzie z sobą i światem.

Nie miał racji

Pierwszym człowiekiem, który potrafił odpowiedzieć na pytania Marka był jego najlepszy i najmądrzejszy kolega, który odrzucił propozycję darmowego studiowania chemii na Uniwersytecie Harvard i wstąpił do seminarium Kapłańskiego Bractwa Świętego Piotra. Decyzja kolegi była dla Marka szokiem. Nie rozumiał jej. Rozmawiali długie godziny. - Moje poglądy i przemyślenia, które uznawałem za głębokie i nie do obalenia on cierpliwie i z łatwością odkrywał, jako pełne naiwności i wykazujące braki podstaw katechetycznych. Bardzo mnie to denerwowało, ale również mobilizowało do dalszego poszukiwania dowodów, że wiara w Chrystusa jest fałszywa. Jedno jego zdanie zapamiętałem bardzo wyraźnie: „Tyle czytasz o innych religiach... Jeśli naprawdę chcesz prowadzić głębokie rozmowy, to poczytaj też o religii twojego dzieciństwa – bądź intelektualnie odważny i godny. Jeśli jesteś mężczyzną, to wrócisz, i rozpoczniesz od wiary, w której wyrosłeś. Wtedy sam się przekonasz”. Wtedy zacząłem czytać Pismo Święte, św. Tomasza z Akwinu, książki Jana Pawła II, uczęszczać na spotkania biblijne. Pamiętam szczególnie ten moment, kiedy czytając „Przekroczyć próg nadziei” Vittorio Messori odłożyłem książkę i powiedziałem: nie mam racji. Studiując na Uniwersytecie Colorado, znalazłem się w grupie FOCUS, w Zgromadzeniu Studentów Katolickich USA. Wśród tych młodych ludzi z energią i nadzieją dążących do świętości nawrócenie intelektualne stało się nawróceniem serca. Zrozumiałem też, że muzyka, którą naprawdę miłuję, która mnie podnosi, otwiera drzwi duchowe, jest oparta na chrześcijaństwie, na katolicyzmie. Pokonałem swoja pychę i poszedłem do spowiedzi. Pierwszej od dziesięciu lat. Teraz spowiedź i Eucharystia są dla mnie ogromną radością – wspomina Mark.

Niezapomniane dziesięć sekund

Jedynym wzorem, nawet wówczas kiedy wszystkiego odmawiał chrześcijaństwu, pozostawał dla niego Jan Paweł II. - Myślałem: człowiek nie może być aż tak doskonały! Chciałem Go poznać. Przyjechałem do Europy i pojechałem sam do Rzymu. Pan Bóg postawił na mojej drodze ludzi, którzy umożliwili mi spotkanie z Janem Pawłem II. To było dziesięć sekund życia, które wszystko zmieniły. Jakbym wskoczył w jezioro nadziei. Kiedy klęczałem przed Papieżem i ten Święty człowiek na mnie spojrzał, zapomniałem o wszystkim, nie powiedziałem nic z tego co zamierzałem, tylko niezdarne: „Ojcze Święty, kocham Ojca Świętego i napisałem tę muzykę ...– wręczyłem nuty „Medytacji o Miłosierdziu”. Jak odszedłem, nie wiedziałem co ze sobą zrobić – opowiada młody muzyk, dodając: - Dzisiaj jestem wierzącym człowiekiem. Modlę się i ciężko pracuję. Nie muszę mówić w co wierzę, moja muzyka to pokaże. Za nadmiar symboli chrześcijańskich w mojej pracy magisterskiej zostałem zaatakowany. Skomponowałem muzykę do archiwalnych zdjęć Polaków katolików - ofiar II wojny światowej. Film pt. ”Krew zapomniana” pokazuje piękne, uśmiechnięte dziewczyny z partyzantki, zburzoną Warszawę i kruche piękno, które tak łatwo może być zniszczone przez złych ludzi. To wiara dała mi odwagę wybrać niepopularny, ale swój własny język muzyczny, pochodzący z Kościoła. Zostałem kompozytorem, który pisze przez Boga i dla Boga – pięknie wyznaje.

Podbudowuje duszę

Mark wspomina jeszcze Częstochowę, gdzie był po raz pierwszy zeszłego roku, Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach, które odwiedził w dniu Matki Boskiej Częstochowskiej, pobyt w Auschwitz, witraże w Bazylice Franciszkańskiej. - Jeden dzień w Krakowie wystarczył, żebym się w tym mieście zakochał. Powracam tutaj, kiedy mogę, Pobyt tutaj podbudowuje duszę – widzę to po jego uśmiechu. Mark jest jednocześnie silny i delikatny, pewny siebie i wrażliwy, spokojny, ale czujny. Jego muzyka wyraża tęsknotę duszy, jest modlitwą i wołaniem o miłosierdzie. Pokazuje, że ufność do Stwórcy podnosi naszą godność, a jej brak powoduje, że nikczemniejemy.

Mark przestrzega przed złą muzyką. - Ta kolorowa i wesoła trucizna niszczy człowieka. To nieprawda, że oślepiające światła i głośna muzyka jest potrzebna, jako antidotum na trudy życia. Ta muzyka nie podnosi duszy do Boga i nie uspokaja, tylko pozornie zagłusza ból. Pragnienie piękna i dobra nie zostaje zaspokojone. Prawdziwa muzyka wszystko odkrywa i nadaje życiu sens. Dociera głębiej.

Mark jako kompozytor czuje się odpowiedzialny za zachowanie człowieczeństwa w muzyce. Swoją muzyką chce pomagać ludziom w odkrywaniu czegoś lepszego i większego niż własne ego lub kultura materialna.
- Dzisiaj trudno zachować czystą duszę, czyste oczy. Jak gubię w sobie ten wizerunek mojego Zbawiciela, wówczas oglądam „Pasję” Mela Gibsona.- wyznaje.
- Z doświadczenia Amerykanina, którego Kościół jest codziennie atakowany widzę jak diabeł atakuje polski Kościół. Musimy żyć pięknie i autentycznie, pokazując Chrystusa w swoich codziennych kontaktach z ludźmi. Musimy tworzyć miejsca, gdzie Chrystus panuje naprawdę, bo tylko wtedy nawet najgorsze ludzkie „głupoty” zostaną przemienione w coś lepszego. A ja napiszę do tego muzykę!- mówi.

God bless you!

Mark Nowakowski
 
 
agger
weteran forum


Wiek: 69
Dołączył: 05 Lut 2008
Posty: 145
Poziom: 11
HP: 0/272
 0%
MP: 130/130
 100%
EXP: 3/25
 12%
Wysłany: Nie 14 Gru, 2008 13:38   

Sens mego życia

To była trzecia nasza rozmowa w ciągu siedmiu miesięcy.[/i] Podczas niej usłyszałem wyznanie: „Odkryłem ze zdziwieniem, że grzeszę dlatego, iż nie dostrzegam sensu mego życia. Szukam grzechu, by przynajmniej jedna godzina miała ‘jakiś sens’. Szukam przeżyć erotycznych, szukam kieliszka, szukam towarzystwa do zabawy, by czymś wypełnić czas. Upływają lata. Wydaje mi się, że szukam sensu życia, że chcę robić coś wielkiego, ale ile razy staję przed jakimś zadaniem, nawet najwznioślejszym, prawie natychmiast stwierdzam, że ono nie ma sensu. Szukam i uciekam zarazem. To straszne. Grzeszę nie dlatego, że kocham grzech, ale dlatego, że chcę nadać ‘sens’ skrawkom mego życia. Po grzechu wiem, że oszukuję samego siebie. Jak wyjść z tej matni?”

[i]Oto trafna diagnoza człowieka kończącego studia
. On już rozumie, że nawrócenie polega na dostrzeżeniu sensu swego życia. Wie, że gdyby ten sens odkrył, życie jego uległoby zasadniczej zmianie. Jak pomóc człowiekowi w takiej sytuacji? Jeśli jest on zamknięty w ciasnych granicach doczesności, pomoc jest wyjątkowo trudna. Doczesność może wygrywać jedynie ten, kto dysponuje dużą siłą przebicia. Tymczasem kryzys sensu życia atakuje człowieka w godzinie jego słabości, kiedy na nic nie ma najmniejszej ochoty. Prawie jedyną szansą w takiej sytuacji jest wciągnięcie na siłę danego człowieka w jakieś sensowne dzieło. Zaangażowany przynajmniej nie pogrąża się w swoich czarnych myślach, stopniowo może odnaleźć radość z czynienia dobra, a razem z nią i sens każdego dnia.

Nieco łatwiejsza jest sytuacja wówczas, gdy dany człowiek zachował przynajmniej iskrę wiary. Kryzys sensu życia w wypadku wierzącego, jest bowiem ściśle połączony z kryzysem wiary, stąd nie występuje u ludzi o mocnej i żywej wierze. Jeśli jednak w sercu takiego człowieka jest iskra wiary, można ją stopniowo rozdmuchać i zamienić w płomyk, a to już wystarczy, by w jego świetle można było dostrzec sens chwili obecnej. Szczęśliwy taki człowiek, jeśli znajdzie się w pobliżu ludzi głęboko wierzących i jeśli ci swoją modlitwą i życzliwością pomogą mu ożywić wiarę.

O.Bonawentura SVD
 
 
daniel.a
weteran forum


Wiek: 52
Dołączył: 14 Lis 2008
Posty: 132
Poziom: 10
HP: 0/230
 0%
MP: 110/110
 100%
EXP: 12/22
 54%
Wysłany: Czw 18 Gru, 2008 09:48   

Seks po Bożemu

"To nie po katolicku nie czerpać przyjemności z seksu i nie mieć na niego ochoty". I kto to mówi? Włoscy kardynałowie i biskupi. Czy to jakiś przewrót obyczajowy? Wcale nie, to jedynie pokazuje, jak niewiele wiemy o poglądach Kościoła na temat seksu małżeńskiego.

„Ciekawe, skąd się biorą dzieci w wielodzietnych rodzinach katolickich. Pewnie przynosi je bocian” - tak żartuje jeden z moich znajomych, odpowiadając na zarzuty tzw. niewierzących na katolicki „wstręt do seksu”. Tyle, że oni wcale nie twierdzą, że my tego w ogóle nie robimy. Oni sądzą, że Kościół sprawił, że robimy to tylko po ciemku i z zaciśniętymi zębami. Tymczasem okazuje się, że Kościół przynosi wyzwolenie, a jedyne, co wymaga, to wierność. Oczywiście są problemy, ponieważ przez wieki przyzwyczailiśmy się patrzeć na seks wcale nie po chrześcijańsku, tylko po manichejsku. Dzisiaj musimy to nadrobić.

Seksofobia Kościoła?


Trzy lata temu ukazała się we Włoszech książka, z której pochodzi ten szokujący dla niektórych cytat. W dosłownym tłumaczeniu publikacja ma tytuł: „Grzech tego nie robić”, a jej autorami są teolog Elisabetta Broli i katolicki publicysta Roberto Beretta. Jest to zbiór wywiadów z włoskimi kardynałami i biskupami na tematy związane z seksem. I co możemy przeczytać? „Dziś porządny katolik uprawia miłość, a wzgardzanie boskim darem seksu jest wbrew naszej wierze”, „W razie problemów zalecamy zwracać się z modlitwą o wstawiennictwo do św. Foutina, patrona impotentów”. Jeden z autorów nawołuje: „Chcemy się otrząsnąć z przesądów o seksofobii Kościoła”. Nie ma jeszcze polskiego przekładu tej pozycji, ale to nie znaczy, że jesteśmy pozbawieni wsparcia Kościoła w tej kwestii. Jeszcze wcześniej niż Włosi, bo w 2001 roku publikację „Akt małżeński” napisał ojciec Ksawery Knotz OFMCap, a kolejna jego książka jest w przygotowaniu. O. Knotz prowadzi również portal www.szansaspotkania.net, w którym o seksie mówi się wprost i bez niepotrzebnej pruderii. Pozostaje mieć nadzieję, że niedługo żadne katolickie małżeństwo nie powie: „Mimo że od lat poznajemy naukę Kościoła, w kwestii współżycia małżeńskiego czuliśmy się przez Kościół opuszczeni. Na kursie przedmałżeńskim dość powierzchownie traktowany jest ten wymiar małżeństwa. Skupiono się na zakazach (antykoncepcji, aborcji, stosunku przerywanego) i nauce rozpoznawania płodności. Pojawiła się w nas nawet myśl, że właściwie jedynym sposobem na zachowanie czystości małżeńskiej jest całkowita wstrzemięźliwość”.

Wolność!

Zorganizowana miesiąc temu przez Mistrzowską Akademię Miłości w Warszawie debata pt. „Seks jest OK” zgromadziła tłumy. Podobnie jest na rekolekcjach dla małżeństw prowadzonych przez o. Ksawerego. Po takich naukach okazuje się, że katolicy wcale nie muszą być sfrustrowani, ponieważ seks daje im naprawdę radość. Katolikom zarzuca się, że zapraszają „do łóżka” Chrystusa. Owszem, tak samo jak do innych sfer życia małżeńskiego. Oto jedno ze świadectw napisanych po powrocie z rekolekcji organizowanych przez Apostolstwo Małżeństw „Szansa spotkania”: „Jestem żoną od 14 lat. Dotychczasowe moje mylne myślenie o sferze życia seksualnego przechodziło różne fazy - od fascynacji po głębokie kryzysy i poczucie zniechęcenia. Pełno było rozterek moralnych i spychania spraw seksu do gorszej kategorii. Pożycie przestało nas do siebie zbliżać. Intuicyjnie czułam, że coś tu nie jest tak. Czas rekolekcji, wizja człowieka, miłości Boga do pary ludzkiej, docenienie, nobilitacja sfery seksualnej były dla mnie prawie rewolucyjnym przewrotem, kopernikańskim odkryciem. To nie wokół zagrożenia, grzeszności ma się obracać moje życie w tej sferze, ale wokół ogromnej wartości, tajemnicy i wagi pożycia małżeńskiego we wzrastaniu mnie jako żony i mojego małżeństwa ku Bożemu zamysłowi, ku Jego miłości. Wiem teraz i czuję to, że w akcie małżeńskim - nie tylko tym, który jest nastawiony na poczęcie - chce być Bóg, że On w nim jest i że jest to Mu miłe. Ważne dla mnie było uporządkowanie myślenia na temat przyjemności seksualnej i na temat pokusy w tym zakresie. Był to czas uwolnienia wizji małżeństwa z kajdan fałszywego rygoryzmu, który bardziej niszczył, niż chronił miłość i więź w moim małżeństwie. Bogu niech będą dzięki, że ktoś wreszcie głosi tę naukę Kościoła. Taka wizja jest jedyną drogą małżeństwa wierzącego. Trzeba strzec tej misji” - pisze Agnieszka. I dodaje: „Wróciła mi wiara w Kościół, jako Matki miłującej swoje dzieci”.

Natalia Budzyńska
 
 
agger
weteran forum


Wiek: 69
Dołączył: 05 Lut 2008
Posty: 145
Poziom: 11
HP: 0/272
 0%
MP: 130/130
 100%
EXP: 3/25
 12%
Wysłany: Sob 20 Gru, 2008 17:18   

Wziąłem do ręki różaniec

Po prostu wziąłem różaniec do ręki i po roku codziennego odmawiania, za przyczyną Matki Bożej otrzymałem ten dar od Pana Boga - skarb, jakim jest abstynencja od alkoholu.

Zdecydowałem się napisać to świadectwo, aby podzielić się z innymi tym, że z pomocą Bożą można wyjść z każdego uzależnienia.

Dziś mam czterdzieści lat, a kiedy zaczynałem wąchać klej, pić alkohol i palić papierosy, miałem lat czternaście. Zachęcili mnie jacyś koledzy, ale nie czuję do nikogo najmniejszej urazy.

Powinien już nie żyć

Wąchałem klej ostro przez trzy lata i doprowadziłem siebie, wtedy osiemnastolatka, na skraj przepaści. Lekarze w szpitalu, do którego zostałem przywieziony, mówili, że według wszelkich prawideł lekarskich powinienem już nie żyć. Szanse na wyjście z tego nałogu obliczano na dwadzieścia procent. Częściowo sparaliżowany i z rozpoznaniem schizofrenii odważyłem się skorzystać po wielu latach z sakramentu pokuty. Ksiądz, bardzo dobry i mądry, zapytał mnie sam na początku tylko o jedno: czy żałuję za grzechy? A ja naprawdę wtedy bardzo żałowałem swojego grzesznego życia. Potem owinął stułą moje pocięte ręce i powiedział: "Wiem, że to jest trudne, ale obiecaj, że nigdy więcej tego nie zrobisz". I to był przełomowy punkt w całym moim życiu.

Jednak wtedy, po wyjściu ze szpitala, wcale nie przestałem ani ćpać, ani pić. W szpitalu spotkałem prawdziwego i dobrego lekarza - panią doktor psychiatrę - i to ona przez wiele lat prowadziła moje leczenie, aż przeszła na emeryturę. Mam przecież już czterdzieści lat i dalej choruję na schizofrenię, która jest wynikiem mojej bezmyślnej, głupiej młodości. Wspaniała pani doktor nauczyła mnie przede wszystkim prawdomówności. A robiła to tak: kiedy przychodziłem co miesiąc do poradni po lekarstwo i do kontroli, ona rozmawiała już wcześniej z moją mamą i wiedziała, co ja nawywijałem. Od razu stanowczo obnażała każde kłamstwo, a na koniec mówiła jakby sama do siebie: "Młody, żebyś ty choć do mojej emerytury dożył...". A ja, dwudziestolatek, w swojej głupocie dalej wąchałem klej i piłem na umór.

Daleko od Pana Boga

Miałem jednak to szczęście, że pracowałem i tylko to nie pozwalało mi się zupełnie stoczyć. Żyłem wtedy daleko od Pana Boga i Kościoła. Kiedy skończyłem dwadzieścia pięć lat, wylądowałem znowu w szpitalu, a w rezultacie na rencie inwalidzkiej. Pamiętam to jak dziś. Pewnego deszczowego dnia stanąłem przed oknem swojego pokoju i pomyślałem, że jestem za stary na taką dziecinadę - i tak zakończyłem okres wąchania kleju w swoim życiu. Najgorszy był pierwszy rok. Nie pracując, biłem się z myślami i głodem. Pani doktor przy każdej wizycie powtarzała zawsze jedno: "Będzie lepiej...", a ja trwałem w tej częściowej trzeźwości, bo wtedy jeszcze piłem. Kiedy przychodziła chęć na sięgnięcie po klej w poniedziałek, ja - oszukując samego siebie - mówiłem: nie w poniedziałek, ale w środę sobie zapakuję. A kiedy przychodziła środa, to ja wcale już tego nie potrzebowałem i nie pamiętałem o tej wcześniejszej napaści... Po roku czułem się już lepiej. Zacząłem znów pracować, ale nadal niestety żyłem daleko od Pana Boga i Kościoła. To był mój wielki błąd.

Pani doktor mówiła: "Waldek, ty kiedyś nie pójdziesz na piwo, bo nie będziesz już mógł wyjść z domu...". Albowiem cały ten czas zażywałem leki, które w połączeniu z alkoholem były mieszanką piorunującą. Groził mi wylew krwi do mózgu. Próbowałem sam walczyć z piciem. Wytrzymywałem tydzień, a nawet miesiąc. Właśnie wtedy przyszedł największy zwrot i największa, jak dotąd, rewolucja w moim życiu.

Miałem wtedy dwadzieścia siedem lat. Były święta Bożego Narodzenia. Poszedłem do spowiedzi jak zwykle nieprzygotowany i wyrecytowałem jakieś banały o nieodmówionych paciorkach i tak dalej. Ksiądz zapytał mnie głośno, prawie na cały kościół: "Ile ty masz lat?!...". Ja, zmieszany, odpowiedziałem, że dwadzieścia siedem. "Jesteś dziecina, jesteś dziecinny..." - mówił ksiądz. Ludzi pełno w kościele, a nie byłem wtedy lubiany, wręcz niepożądany. Roześmiali się prawie na głos... Wybiegłem jak oparzony i postanowiłem, że już nigdy więcej nie przekroczę progu kościoła.

Co wieczór odmawiałem różaniec

Wiedziałem jednak, że nadal potrzebna mi jest wiara w Boga. Miałem przed oczyma obraz modlącej się co wieczór na różańcu mojej babci, która wraz z dziadkiem wychowywała mnie przez całą szkołę podstawową. Był to dla mnie, jak dzisiaj wiem, czas błogosławiony. Wtedy to, w wieku lat dwudziestu siedmiu, wziąłem do ręki różaniec i codziennie wieczorem się modliłem. Piłem jednak nadal, ale coraz częściej docierała do mnie myśl, że potrzebuję zmiany w życiu. Żyłem zupełnie bez Kościoła. Często, zwłaszcza w pierwsze piątki, spotykałem tego księdza. Na mój widok na jego twarzy rysowało się dziwne zmieszanie. Nie chodziłem do kościoła, ale co wieczór odmawiałem różaniec. Lekarka po pewnym czasie nabrała do mnie zaufania i, jak to się robi w przypadku widocznej poprawy stanu zdrowia pacjenta, nie potrzebowała widywać mnie często.

Przychodziłem tylko po recepty, bez widzenia się z lekarzem. Nadeszły kolejne święta Bożego Narodzenia, a ja, czując potrzebę przemiany, przemeblowałem swój pokój, przesuwając meble z miejsca na miejsce. Teraz chce mi się z tego śmiać, ponieważ już wiem, że aby przestać pić, trzeba było zmienić swoje serce, a nie przestawiać meble. Przyszedł sylwester, ja znów spojrzałem w okno i pomyślałem, że trudno żyć bez wódki, lecz spróbuję...

Miałem dwadzieścia dziewięć lat i nadal żyłem bez Eucharystii. Matka Boża podczas modlitwy mówiła mi często: "Oto modlisz się codziennie do mnie, a do kościoła nie idziesz...". Ale Pan Bóg ma swoje sposoby. Bratu urodził się syn i poprosił mnie, abym był chrzestnym jego dziecka. No i trzeba się było wyspowiadać. Przygotowałem się do spowiedzi bardzo starannie, zresztą robię tak do dziś. Po spowiedzi, kiedy podawałem księdzu karteczkę do podpisu, widziałem na jego twarzy uśmiech i ogromną radość. Aż nie mogłem się temu nadziwić... Teraz mam czterdzieści lat. Od piętnastu lat nie wącham kleju, od przeszło dziesięciu nie piję alkoholu, pracuję. Na Eucharystię uczęszczam prawie codziennie. Przyjmuję Jezusa Chrystusa w Komunii i wiem, że praktycznie tylko Pan Bóg może dać mi tyle siły, abym wytrwał w mojej abstynencji, ale pilnować się trzeba...


Waldemar z Wadowic
 
 
Włodek Lubański
medal za tyle postów!


Wiek: 69
Dołączył: 09 Cze 2006
Posty: 548
Poziom: 21
HP: 0/996
 0%
MP: 475/475
 100%
EXP: 30/56
 53%
Wysłany: Wto 23 Gru, 2008 11:48   

[b]Historia kolędy Cicha noc[/b]

W wigilijną noc br. upływa 190 lat od chwili, kiedy po raz pierwszy rozległy się w kościele słowa i melodia znanej dziś w całym świecie kolędy Cicha noc (Stille Nacht).

Było to 25 grudnia 1818 r. w kościele parafialnym Św. Mikołaja w Oberndorfle k. Salzburga w Austrii. Pasterkę odprawiał ks. Józef Kessler, proboszcz. Wykonawcami kolędy byli: ks. Józef Mohr († 1848), wikariusz parafii, autor jej tekstu, i Franciszek Ksawery Gruber († 1863), organista, kompozytor jej melodii - pierwszy śpiewał partie tenorowe, a drugi, przy akompaniamencie gitary, partie basowe - oraz miejscowy chór parafialny, mieszany, który śpiewał wersy końcowe poszczególnych strof. Użycie do akompaniamentu gitary, chociaż zupełnie przypadkowe (organy kościelne znajdowały się wtedy w złym stanie), w istotny sposób przyczyniło się do sukcesu twórców kolędy.

Decydującą dla późniejszej popularności kolędy Stille Nacht stała się wizyta w Oberndorfle K. Maurachera, który przewiózł tekst i nuty tej pieśni do Zillertalu, gdzie wykonali ją miejscowi kantorzy. W 1822 r. bracia Reinerowie śpiewali tę kolędę w Wiedniu przed cesarzem Franciszkiem I i carem Aleksandrem I, a potem, zaproszeni przez tego ostatniego, w Petersburgu. Bracia Strasserowie zaśpiewali Cichą noc w Lipsku w 1831 r., a w 1839 r. w Nowym Jorku, i to w okolicznościach dość niezwykłych, bo pod gołym niebem przed strawionym przez pożar kościołem Świętej Trójcy. Od 1840 r. berliński chór katedralny wykonywał co roku kolędę w okresie Bożego Narodzenia przed Fryderykiem Wilhelmem. W końcu XIX w. znają już tę kolędę Anglicy, Szwedzi i Norwegowie. W początkach XX w. misjonarze przyswoili ją Ameryce Południowej, wielu krajom Azji oraz Australii i Oceanii. Drukiem Cicha noc została wydana w 1833 r. W 1873 r. znalazła się już w pewnym śpiewniku afrykańskim. Kolędę przetłumaczono na wiele języków. Przekłady na języki europejskie zebrano w dwóch tomach, a w 1968 r. przygotowano wydanie przekładów na języki nieeuropejskie. Istnieją też przekłady na język łaciński (11 wersji), a nawet hebrajski.

Swą popularność zawdzięcza Cicha noc nie tylko pięknej melodii, lecz także - a może przede wszystkim - słowom. Wykonana po raz pierwszy w okresie politycznych niepokojów, jest pieśnią wielbiącą Księcia pokoju, Ojca przyszłego wieku, który "pokój niesie ludziom wszem" i "całemu światu odpuszczenie win".

Kościół w Oberndorfle, w którym po raz pierwszy zaśpiewano kolędę Cicha noc, z powodu szkód, jakie wyrządziły powodzie, został zamknięty w 1903 r., a z czasem, po zbudowaniu nowego kościoła parafialnego, rozebrany.


Stanisław Skała
_________________
"Możemy być tylko tym, kim jesteśmy, nikim więcej i nikim mniej."
T. Goodkind
 
 
Romano
medal za tyle postów!


Dołączył: 02 Gru 2007
Posty: 200
Poziom: 13
HP: 0/370
 0%
MP: 176/176
 100%
EXP: 6/30
 20%
Wysłany: Nie 28 Gru, 2008 10:50   

Cuda u franciszkanów

Niedziela, 28 grudnia (06:50)

Wieczorem, przy blasku klasztornych świec, u ojców franciszkanów we Wschowie dokonują się cuda. Chorzy twierdzą, że znikają im zmiany nowotworowe, a także depresja i lęki dnia codziennego, a z duszy ustępują wieloletnie ciężary.

Odtrąconym podaje się rękę, zagubionych wreszcie się zaczyna rozumieć. Zakonnicy odżegnują się od magii, a jako uzdrawiającą moc wskazują wiarę w Boga. Jakby tego nie nazwać, w drugą środę każdego miesiąca we Wschowie dzieje się coś magicznego i dobrego.



Po ostatnią deskę ratunku

Modlitwy o uzdrowienie prowadzi grupa Odnowy w Duchu Świętym, działająca od dziewięciu lat przy Klasztorze OO. Franciszkanów we Wschowie. Spotkania dla chorych i cierpiących rozpoczęły się ponad rok temu, gdy wspólnota dojrzała do posługi dla chorych i cierpiących.

- Nasze spotkania mają pomóc w poukładaniu sobie życia wewnętrznego. Do tego potrzebne jest też zaplecze, czyli grupa, która modli się za tych, co przyszli z różnymi intencjami - mówi ojciec Arnold, opiekun Odnowy w Duchu Świętym we wschowskim klasztorze.

Sława modlitw o uzdrowienie rozeszła się po całym kraju. W co drugą środę miesiąca do klasztoru ściągają wierni z całej Polski. Przyjeżdżają z chorobami duszy i ciała, młodzi i ludzie dojrzali, czasem w poszukiwaniu ostatniej deski ratunku. Rzadko zdarza się, by jakiekolwiek siedzące miejsce zostało puste. Podobnie było w środę, 10 grudnia.

Ojciec przyjął córkę

Wszystko zaczyna się po mszy. Młodzież gra na gitarach i intonuje pieśni, wierni na głos wypowiadają intencje, z jakimi przyjechali. Śpiewają na stojąco, z rozłożonymi rękami, radośnie jak w kościele adwentystów. Niezwykle doniosłym momentem spotkania są świadectwa - relacje osób, które doznały uzdrowienia.

Oto siedemnastoletnia dziewczyna zaszła w ciążę, jeszcze przed rozwiązaniem ojciec wyrzucił ją z domu. Był 2006 rok. Pomagali jej przyjaciele, partner oraz matka, ale w tajemnicy przed ojcem.

- Grupa bliskich osób nieustannie modliła się w intencji tej dziewczyny, wspierali ją swoją wiarą. I dokonał się cud - na Wielkanoc tego roku ojciec przyjął córkę z powrotem pod swój dach - relacjonowała mieszkanka Zielonej Góry.

Dom na skale nie runął

Pani Danuta ze Wschowy była szczęśliwą mężatką, swoje domowe ognisko budowała w zgodzie z wiarą katolicką. Po dwudziestu latach małżeństwa nadszedł moment próby.

- Mąż odszedł, odrzucił nas. Musiałam zmagać się z sądami, utratą pracy, odejściem dzieci od Boga. Teraz opiekuję się 86-letnim ojcem. Mimo tych żywiołów, które szalały wokół, mój dom nie runął. Był bowiem zbudowany na skale, nie na piasku. Do dziś nieustannie się modlę i dlatego nie ustaje moja siła. W bałaganie życia doznałam łaski udzielania się, służenia ludziom - wschowianka dzieliła się swoją historią w zapełnionym ludźmi kościele.

Po każdej relacji głos zabiera ojciec Błażej, drugi z opiekunów grupy.

- Każda matka i żona co dzień przeżywa ogromne trudy, ale każda opowieść jest inna. Najważniejsze, że kobieta choć płacze i upada, to zawsze wstaje i walczy - komentuje zakonnik.

Wiara mnie uzdrowiła

Inna kobieta przed laty zachorowała na depresję. Wychowywała z mężem czwórkę dzieci, najmłodszy syn miał wówczas sześć miesięcy. Gdy domownicy wychodzili do swoich zajęć, ona zaszywała się w łóżku, którego nie opuszczała do wieczora. Leki niewiele jej pomagały.

- Tego cierpienia nie da się opisać, to trzeba przeżyć - relację w imieniu uzdrowionej czytała parafianka z Zielonej Góry.

- Wreszcie trafiłam na mszę z modlitwami o uzdrowienie. Czułam, jak Jezus odbiera mi cierpienie. Wszystko się zmieniło, moja wiara mnie uzdrowiła. Mając 40 lat urodziłam syna, on w maju weźmie ślub.

Młoda wrocławianka długo chorowała na przewlekłą chorobę układu pokarmowego. Przeszła terapię lekami, które dwa lat temu uszkodziły jej stawy. W styczniu trafiła do szpitala, gdzie miała szczęście spotkać nietuzinkową lekarkę. Pani doktor zleciła wykonanie badań, które wydawały się niepotrzebne. Wykryto jednak uszkodzenie szpiku kostnego, następnie zmiany w jajniku.

- Z mężem prosiliśmy o łaskę, nie ustawaliśmy w modlitwach, byliśmy na spotkaniach w Zaborówcu. Tydzień temu wykonałam badania, nie mam ani milimetra zmiany. Przez ten cały czas nie byłam narażona na chemię ani operację - Wiolecie z Wrocławia głos się załamywał, słuchaczom zaszkliły się oczy. - Bogu niech będą za to dzięki.

Dziękuję za piękny świat

- Pan Jezus uzdrawia nie tylko we Wschowie. Ale mówię wam, przyjeżdżajcie do Wschowy - przed ołtarzem jak spod ziemi wyrasta znów ojciec Błażej.

Nie ma czasu na kolejne świadectwa, zaczyna się nabożeństwo eucharystyczne. Przez kilkadziesiąt minut kościół wypełnia się słowami podziękowania. Podczas mszy świętej wierni na głos i indywidualnie dziękują Bogu za dach nad głową, za piękny świat, za ludzi, których postawił na ich drodze, za wiarę i siłę, za zdrowie rodziców. Głośno wypowiadają imiona bliskich, za których modlą się w tej eucharystii.

Jesteśmy tylko narzędziami

Dopiero wówczas są gotowi posługę i modlitwę, z którą przyjechali do klasztoru. W kościele klasztornym wzdłuż ławek i przed ołtarzem w dwuosobowych grupach ustawiają się tzw. osoby posługujące. T

o aktywni działacze Odnowy w Duchu Świętym, najbardziej charyzmatyczni w modlitwie o uzdrowienie. Właśnie do nich mogą podchodzić wierni, którzy potrzebują wsparcia w swojej modlitwie. Gdy wydaje im się, że ich wiara jest jeszcze zbyt słaba, by mogło dokonać się uzdrowienie, pomagają ci bardziej doświadczeni. Kładą ręce na ramionach lub głowie proszącego, modlą się w tej samej intencji.

- Jeśli ktoś przyjedzie po raz pierwszy i oczekuje cudu, to się zawiedzie - przestrzega ojciec Arnold. - Tu nie ma i nie będzie magii. Jest łaska sakramentu. A postawą uzdrowienia jest wiara. Trzeba pamiętać, że jedynym uzdrowicielem jest Chrystus, a my pozostajemy tylko narzędziami w jego rękach.

Mija godzina 21, ustają modlitwy i śpiewy, klasztor po trzech godzinach opuszczają wierni. Nikt nie narzeka, że zimno i deszcz. Umawiają się na kolejne spotkanie w lutym.

MARTA KRZYŻANOWSKA-SOŁTYSIAK
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,57 sekundy. Zapytań do SQL: 12